Ty mnie nie oddajesz, Ty mnie rozwijasz!

/
3 Comments





Od jakiegoś już czasu zabierałam się za ten wpis, ale gdyby nie to w jakim momencie podjęłam ostateczną decyzją o jego napisaniu, pewnie byłby za bardzo przesłodzony, pełen ochów i achów. Jednak w momencie kiedy zapaliła mi się lampka "napiszę go dzisiaj" moje maleństwo spało obok mnie, rozpalone jak piec, bezsilne i chore. Obraziłam się więc na instytucję żłobka, ale tylko na chwilę :D Tak więc będzie to wpis obiektywnie subiektywny tudzież subiektywnie obiektywny, jeśli wiecie co mam na myśli ;)

Zanim Nela pojawiła się na świecie, a nawet zanim zamieszkała mój brzuch wiedziałam, że po wspólnie spędzonym roku w domu pójdzie do żłobka. Wydawało mi się to oczywiste chociażby z tego względu, że musiałam i chciałam wrócić do aktywności zawodowej, a nikt z najbliższej rodziny nie mógł przejąć opieki nad Nelą. Instytucja opiekunki nie wchodziła w grę zarówno ze względów finansowych, jak i czysto ludzkich, ale to nie post o nianiach :) Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. W pierwszych dniach od porodu, Tata Neli udał się do wybranego przez nas żłobka po wniosek o przyjęcie Neli w jego szeregi i tak też się stało. Przez kilka najbliższych miesięcy wystarczyło raz w miesiącu odświeżać dalszą chęć uczęszczania do niego i czekać na nasz moment. Nie rozmyślałam o tym w ogóle. Myślałam, że przyjdzie ten czas i jakoś to będzie. Planowaliśmy, że Nela zacznie swoją przygodę ze żłobkiem od września, jednakże los i system zadecydowały inaczej.W pewien piękny majowy dzień dostałam telefon, że żłobek czeka na Nelę "już" (zwolniło się jedno miejsce), bo w przeciwnym wypadku nie zagwarantują mi, że kilka tygodni później będzie jeszcze miejsce. Myślałam sobie jak to już...??!! Przecież miałyśmy mieć jeszcze tyyyle wspólnego czasu. Takiego naszego czasu. Po wielu akrobacjach biurokratycznych udało nam się przesunąć nieco ten termin. Nieco dodam. 17 czerwca zbliżał się nieuchronnie, a ja nie mogłam spać po nocach. Jak to myślałam- jak mam powierzyć mój największy Skarb w ręce obcych BAB, dla których płaczące dzieci to chleb powszedni i na których nieutulona tęsknota za mamą nie robi wrażenia??!! Jak ktoś obcy ma przewijać moje malutkie dziecko??!! Jak ktoś ma je karmić, a jak nie będzie chciało??!! Jak one mają kłaść do snu w dzień moje dziecko??!! Zaraz, zaraz... przecież ja sama mam  problem, żeby Nela bezproblemowo usnęła mi w dzień. Jak one sobie poradzą??!! A jak stracą cierpliwość, a jak moja Nela wyprowadzi je z równowagi??!! Czy którakolwiek z nich będzie w stanie skrzywdzić moje dziecko??!! Fora internetowe, programy interwencyjne i wybujała wyobraźnia robiły swoje... Nie wiem, czy pisać Wam jaki obraz żłobka, cioć opiekunek i zasad tam panujących miałam w głowie. Nic dobrego. Same najgorsze rzeczy. A opowieści koleżanek, których dzieci chodziły do żłobka i były w gruncie rzeczy zadowolone w ogóle do mnie nie docierały. Przed oczami miałam obraz płaczących maluchów, wsadzonych w łóżeczka, wrzeszczących na nie opiekunek, odparzonych dziecięcych pup.... Chyba nie będę wymieniać dalej. Ale nie było wyjścia, nie było odwrotu. Nela zaopatrzona w żłobkową wyprawkę i ja pełna obaw, strachu i niewyobrażalnej paniki ruszyłyśmy 17 czerwca zapukać do żłobkowych drzwi. Na to co przeżyłam pierwszego dnia i jeszcze przez kilka kolejnych nie da się przygotować. Nela wrzucona w nową sytuację, w obce środowisko, w zupełnie inny rytm dnia, przejawiała duży bunt i dezaprobatę- delikatnie to ujmując. Ona nie płakała, ona wyła. A ja razem z nią. Ale oczywiście nie przy niej. "Oddawałam" ją czym prędzej opiekunce i wybiegałam zatykając uszy, i płacząc zaraz po zamknięciu drzwi. Nie mogłam znieść tej wewnętrznej walki. Nie mogłam wytrzymać z tym, że muszę, a nie chcę. Pierwsze 3 dni po 2 godziny zaowocowały pierwszą chorobą- pomyślałam "nie wierzę!!!". Ona płacze, nie je- ja płaczę, martwię się, i na dodatek ta choroba. Niezłe początki. I wiecie co... to były złe dobrego początki. Całe szczęście!!! Mimo, że jesteśmy właśnie po świeżej diagnozie zapalenia ucha środkowego z obrzękiem, zapalenia gardła i migdałków to jestem dumna z siebie, że wytrwałam w tej walce z samą sobą, że nie podjęłam szaleńczej decyzji, że nie wracam do pracy. Przede wszystkim jednak jestem dumna z Neli, że okazała się być niewyobrażalnie dzielną dziewczynką i dała sobie z tym wszystkim radę. Tyle siły i mądrości w tak małym ciałku. 
Oczywiście, że na początku płakała. Na znak protestu nie jadła kilka dni. Nie chciała na początku spać. Strasznie często chorowała, ale mimo aktualnej choroby odporność Neli jest już dużo lepsza, niż na początku. Na pytanie, czy podjęłam słuszną decyzję i czy stając przed tym wyborem ponownie zrobiłabym tak samo odpowiadam zdecydowanie TAK!!! Nie mogłam podjąć lepszej decyzji.
Co do Pań, a teraz dla Neli to już Cioć opiekunek i całej atmosfery to moje obawy były niepotrzebnie wybujałe. Miałam od początku kilka faworytek, ale były też takie, o których myślałam zimne zołzy. I oczywiście w tej kwestii pozory też potrafią mylić. Bo chyba nie zaskoczę Was pisząc, że ta największa ZOŁZA okazała się być w rzeczywistości ciepłą panią, która potrafi utulić, uspokoić, do której moja Nela lgnie i która jest pełna troski i świetnego podejścia do dzieci. A cała chora i komunistyczna wizja żłobka w mojej głowie na szczęście nigdy się nie sprawdziła.
Nela chodzi do żłobka niecałe 4 miesiące, z czego pewnie ok. półtora spędziła w domu na chorowaniu, więc ciężko było jej załapać odpowiedni rytm funkcjonowania, gdyż każdorazowa aklimatyzacja była przerywana nową chorobą. Wszystko wymagało czasu. To on jest najbardziej cenny i jakże szkoda, że czasem nie można go dokupić :) Od jakichś 2 miesięcy Nela chodzi do żłobka z uśmiechem na buzi i z takim samym uśmiechem jest ze żłobka odbierana. Je najpiękniej z całej grupy (no ale tak to jest jak się jest permanentnym głodomorem), nie ma problemów ze spaniem (Panie opiekunki nadrobiły w miesiąc to, czego ja nie potrafiłam nauczyć własnego dziecka od maleńkości), bawi się z dziećmi, maluje, rysuje, tańczy, a ja nie mogę uwierzyć w jak ekspresowym tempie się rozwija. Z dnia na dzień budzi się mądrzejsza, sprytniejsza, bardziej rozumna. I nie piszę tego dlatego, żeby chwalić własne dziecko, a może nie tylko dlatego :) Uważam, że żłobek (codzienny kontakt z rówieśnikami, nowe zajęcia, zabawy) niesamowicie rozwija intelektualnie, emocjonalnie i widzę codziennie efekty pracy opiekunek z naszego żłobka. A najlepszą rekomendacja dla tej instytucji jest to, że gdy ją odprowadzam nie jest mną już w ogóle zainteresowana, a skupia się tylko na wypatrywaniu cioć i szukaniu sposobu jak zwrócić na siebie ich uwagę. Nela znalazła się pod opieka Pań, które doskonale rozumieją dzieci, są pełne empatii i zrozumienia nie tylko dla dzieci, ale i dla zatroskanych rodziców. Tylko żłobków pełnych takiego ciała pedagogicznego Wam i Waszym dzieciom życzę ;)


Na bazie naszych doświadczeń mam dla Was kilka rad, które sprawdziły i sprawdzają się u nas po dzień dzisiejszych:

1)Nie przeciągaj pożegnań, nawet na początku- pocałuj, utul, powiedz, że wrócisz i na tym koniec. Nie przeciągaj czułości i momentu rozstania w nieskończoność. 

2)Okaż jeszcze więcej miłości, zrozumienia i cierpliwości, tym bardziej w trakcie okresu adaptacyjnego, który u jednych dzieci może trwać tydzień, a u innych 2 miesiące. Staraj się poświęcić po pracy jak najwięcej czasu na wspólną zabawę, czytanie książek, czułości, spacery. Niech dziecko czuje, że ma w Tobie oparcie, że jest dla Ciebie najważniejsze. Staraj się pokazać, że żłobek nie jest za karę, a to tylko kolejny etap w jego i Waszym życiu.

3)Zaufaj intuicji- na początku Twoje dziecko może źle sypiać, chodzić rozdrażnione, albo "uczepione" Twojej nogi. Każde niecodzienne zachowanie jest zapewne efektem nowej sytuacji. Ale bądź czujna, Ty najlepiej wiesz, czy pewne zachowania można zrzucić na barki nowej sytuacji, czy faktycznie jest w nich coś niepokojącego.

4)Przygotuj się, że na początku Twoje dziecko może bardzo chorować. Bardzo, bardzo, ale oczywiście to kwestia indywidualna. Dobrze jednak jak zawczasu zorganizujesz sobie jakąś alternatywną opiekę w razie choroby dziecka. Fajnie mieć spokojną głowę i świadomość, że babcia/mama, czy mąż mogą przejąć w razie potrzeby opiekę na Twoim dzieckiem.

5)Zadbaj o odporność- na nią nie ma magicznego lekarstwa, ale u nas wspomagająco sprawdza się tran, czystek i codzienne spacery. W okresie kaszlu, kataru i ogólnego zaflegmienia organizmu wykluczamy z diety banany.

6)Nie bój się pytać- masz prawo zadawać opiekunkom milion pytań (nawet codziennie tych samych), mieć prośby/ sugestie. Nie krępuj się. To Twoje dziecko i to nie tylko Twoje prawo, ale i obowiązek. Twoja spokojna głowa to same korzyści. 

7)Głowa do góry- nie taki diabeł straszny, jak go malują ;)











Ten tekst na tablicy naszego żłobka zawsze mnie wzrusza i dodaje otuchy. Mam nadzieję, że i na Was zadziała podobnie :)

"Załóż mi proszę wygodne dresy i kapcie, których nie będę musiał wciskać siłą.
Zostaw w szatni coś na przebranie- wiesz, czasem łyżka tańczy w zupie ;)

Mamuś wiem, że moje pójście do żłobka przeżywasz bardziej, niż ja.
Jestem Twoim "skarbem, kruszynką, maluszkiem, żabką, księżniczką, misiaczkiem"...wiem.
I muszę Ci powiedzieć, że nam obojgu będzie trudno się rozstać.
Ale tylko na początku, kilka dni. No może kilka, kilka ;)

I wiesz co Mamusiu? Może przyjść mi do głowy (najczęściej w żłobkowej szatni) kurczowe
trzymanie się Twojej nogi, trzymanie Twoich rąk, błaganie, żebyś mnie nie zostawiała, nie
porzucała, nie odchodziła beze mnie!
Mamusiu- bądź silną kobietą- Twoja siła ducha pomoże mi oswoić się z nową sytuacją.

Dokonałaś dobrego wyboru! Nie ma nic piękniejszego, niż szansa mojego rozwoju wśród
rówieśników. Zobaczysz, jeszcze zaskoczę Cię Mamusiu wierszykiem wypowiedzianym z pamięci...
piosenką zaśpiewaną dla Ciebie... rysunkiem o naszej miłości... samodzielnie ubranymi spodenkami... A może nawet uświadomię sobie, że sprzątanie po zabawie , to nie taki diabeł jak go malują.

Dzięki Tobie, mogę nauczyć się tego wszystkiego w żłobku. Tylko musisz wierzyć we mnie- Będzie dobrze!!! :)

Tylko bądź dzielna! Nie płacz za mną w pracy i po drodze do niej- nie robisz mi krzywdy!

Nie żegnaj się ze mną zbyt długo- przed wejściem do sali ukochaj mnie najmocniej, najmocniej,
najmocniej, na ucho szepnij, że kochasz, że wrócisz i... idź odważnie!!

Nie zastanawiaj się, czy dobrze zrobiłaś oddając mnie do żłobka-
Ty mnie nie oddajesz, Ty mnie rozwijasz.

Nie przerażaj się moim płaczem podczas pierwszych dni- w ten sposób chcę Ci powiedzieć, że
będę tęsknił, że Cię kocham... a Ty Mamusiu, swoją mądrością, rozsądkiem, konsekwencją naucz
mnie proszę czekać na Ciebie, ze spokojem w moim małym serduszku :)

A obiecuję, że za jakiś czas sam będę ciągnął Cię za rękę do moich małych przyjaciół... wszyscy
potrzebujemy czas na odwagę.

Podpisano: Twój dzielny maluszek :)"


Podobne posty:

3 komentarze:

  1. Wierszyk wzruszający :)
    Wiem, że Nikola baardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, jest strasznie komunikatywna, ale właśnie te choroby... Nie zachwalając, ale przez te 20 miesięcy ani razu mi nie chorowała i chcę jak najdłużej tego uniknąć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pocieszę Cię- te choroby to jak dla mnie największa wada takich placówek. No ale kiedyś to dziecko musi nabrać odporności, a nabiera jej walczą z bakteriami, wirusami, po prostu chorując. Jak nie w żłobku to w przedszkolu itd. Chociaż mam w gronie swoich znajomych takich, których dzieci praktycznie nie chorowały chodząc do żłobka, ale to głównie z tego względu, że mają starsze rodzeństwo i były przyzwyczajone na codzień do jakichś drobnoustrojów. Każde dziecko jest inne, więc nie ma reguły. A może się okaże, że Nikola wcale nie ma takiej słabej odporności... :) Nigdy nie wiadomo ;) Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Nie chodziłyśmy do przedszkola, jak miałyśmy 5 lat chyba poszłyśmy do szkółki. Nam by chyba było szkoda takiego malucha oddać, ale z drugiej strony praca też nie będzie czekać latami. Tak więc: dzieci się rozwijają dzięki nam.

    OdpowiedzUsuń

Co o tym myślisz?